Medytacja na I niedzielę Adwentu

Medytacja na I niedzielę Adwentu

W przyjaźni

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż.

Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie!» (Mk 13,33-37).

Gdy sięgam po tekst Ewangelii, zauważam, że nie nagli mnie pilna potrzeba rozważania go. Zatrzymuje mnie już coś wcześniej, w progu medytacji. Subtelne odczucie, że sam fakt, iż Jezus mówi teraz do mnie, przyjemnie przenika moje ciało. Niczym gość, który dopiero stanął w drzwiach, a już wypełnił wewnętrzną przestrzeń, tak serdecznie zaskoczył. Niczym Słowo, które jeszcze nic nie powiedziało, ale już się rozgościło i ociepliło pokój swoją obecnością budzącą spokojne i głębokie doznanie. Jeszcze nie zaczęliśmy rozmawiać, a ja już czuję się dobrze. Niezwykłego Gościa zapraszam do domu bez obaw, jak najbliższego przyjaciela, dla którego żaden kąt nie jest obcy. Jego obecność sprawia, że sam lepiej się czuję we własnym domu i pragnę do niego wracać, aby odpocząć i schować się przed samotnością. Tak przywitani możemy rozmawiać. Żadne sprawy nie wydają się zagrażające. Najtrudniejsze tematy zbliżają nas jeszcze bardziej.

Gdy wsłuchuję się w słowa Jezusa, wybrzmiewa we mnie przestraszony głos, który stawia im tamę. Uważać, czuwać – wielka niewiadoma. Czy coś ma nadejść?! Nie chcę tego uznać. Między mną a Jezusem wzrasta napięcie. Po co On mi to mówi? Czy nie wystarczy, że przyszedł do mnie i mogę czuć się bezpiecznie? Trochę obawiam się swojej reakcji. Zaczynam oceniać samego siebie, że nie potrafię tego ani zrozumieć, ani pokornie przyjąć. Czyżbym Jemu nie ufał? Wyciszają mnie Jego spokój i akceptacja mojej reakcji. On rozumie moje odczucia i zupełnie się im nie dziwi. Przyszedł do mnie, aby właśnie o nich ze mną porozmawiać. Pomówić o moim lęku jako moim największym przeciwniku. Lęk bowiem, niczym silna toksyna, w mgnieniu oka jest zdolna odebrać pokój i szczęście, zaś najpiękniejszą więź przeobrazić w koszmar wyobcowania. Lęk zamyka mnie i wycofuje z relacji. Jezus przestrzega mnie przed podporządkowaniem lękowi życia, abym nigdy nie pozwolił się uśpić zaciskającemu paraliżowi i przestał ufać Bogu, który jest miłością.

Ponownie dostrzegam Jego silną i łagodną obecność. Siedzę przed Nim, jakbym wrócił z dalekiej podróży. Zastaję Go u siebie, w swoim pokoju, nieznużenie oczekującego, aż przybędę, zaufam i kolejny raz przekonam się, że nic mi nie zagraża. Teraz mogę dalej słuchać Jego słów. Na nowo odkrywam, że nie On, nie Jego słowa wzbudzają we mnie lęk, ale lęk sam w sobie. Ojciec kłamstwa i złudzenie obecności. Rozpoznany i nazwany już tak nie przeraża, choć wiem, że czai się co krok. Dziękuję Jezusowi, że porozmawiał ze mną i nie odstąpił ode mnie, gdy się wycofałem. Teraz razem wyglądamy przez okno na świat zarośnięty krzakami. Zgadzamy się, że to nie jest już Eden i ale też nie warto chować się w krzakach.

Kochany Jezu, dziękuję Ci za przyjaźń. Pomagaj mi być w niej sobą.

br. Piotr Wardawy