Medytacja na piątek IV tyg. Adwentu

Medytacja na piątek IV tyg. Adwentu

«Jan będzie mu na imię». […] A wszyscy […] pytali: «Kimże będzie to dziecię?» Bo istotnie ręka Pańska była z nim (Łk 1,63.66).

Kurz ze starych pamiętników rodzinnych dławi w krtani. Karty gdzieniegdzie posklejane, zdjęcia wyblakłe, postaci na nich przetarte. Wzrok już zmęczony kurczowym wypatrywaniem podobieństw. Opuszki palców stwardniały od wertowania pożółkłych albumów z biało-czarnymi fotografiami. Niespokojny oddech przecina ciszę, kiedy w samotności przeglądam kolejne pokoleniowe kadry. Byleby uchwycić wspólny rys lub bliski gest. Otula mnie ciemność nocy, gdy tak gorączkowo stąpam po genealogicznych śladach. O jakże pali pytanie o korzenie! Sen odpędza, łzy wyciska, skamle w sercu. Rozpaczliwie szukam własnej tożsamości.

Kim jestem? Kto odpowie, kto wreszcie nada imię? Głuche echo w żebraczy głód mnie odziało i wywiodło z domu. W kakofonii świata splotły się wielorakie głosy, z których zaczęłam układać w sobie (o sobie?) mozaikę. Slang podwórkowy porwał naprędce, by wykrzyczeć niewypowiedziane i w ferajnie z blokowiska stłumić ból opuszczenia. Imiona rówieśnicze – pogardliwe, prześmiewcze, kpiące. Narracja literacka poddała grunt marzeniom i stała się azylem, by koić się opowieściami o tym, co piękne i szlachetne. Imiona zaadaptowane – fikcyjne, arkadyjskie, utopijne. Korporacyjna nowomowa wydrążyła mechanizm transakcji, który niepostrzeżenie zaczął rozdawać karty nie tylko za stołem biznesowym. Imiona komercyjne – wykreowane, wyrachowane, lukratywne. Żargon bulwarowy omamił poczuciem pozornej siły i rozładowywał napięcie. Imiona uliczne – efekciarskie, demagogiczne, megalomańskie. A wewnątrz? Huczą we wspomnieniach (pseudo)imiona ranami opieczętowane – obelżywe, wulgarne, karczemne. Niczym żywe pamiątki wciąż broczą – o naruszonej godności komunikują, rozłam w duszy sygnalizują; nie cichną, jeszcze nie maleją. Uwikłały mnie w pułapkę podpatrywania tych, którzy odnaleźli siebie. Jakie wreszcie imiona i komu wykradam?

Nienazwana przynależność niczym przepaść we mnie. Drży każdy centymetr ciała i zdradza, jak dotkliwie się rozsypałam, oznakowana etykietami z dzieciństwa. Gdy tak stoję, wysmagana wiatrem niepewności i lęków, wzbiera we mnie tumult. „Wystarczy!” – wyrywa się lament. Oto zdzieram z siebie wszystkie quasi-imiona. Już czas, teraz! Tylko jedno do odkrycia – własne, odwiecznie we mnie wpisane. W pragnieniach utajone, głęboką tęsknotą spowite. Ujawnia się w każdym twórczym kroku, w każdym akcie odwagi, gdy ryzykuję bycie… sobą. Gdy przygarniam własne słabości i daję przestrzeń na wzrost. Tylko we mnie prawdziwej możesz się, Jezu, na nowo tej nocy narodzić.

„Panie, przenikasz i znasz mnie, […] nie tajna Ci moja istota, kiedy w ukryciu powstawałem, utkany w głębi ziemi” (Ps 139(138),1.15). Daj mi, Panie, pamiętać zawsze, że nigdy nie zdejmujesz ze mnie swojej ręki.

Anna Kaszubowska