Medytacja na poniedziałek I tyg. Adwentu

Medytacja na poniedziałek I tyg. Adwentu

Słowne tsunami

Gdy wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: «Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi» Rzekł mu Jezus: «Przyjdę i uzdrowię go» (Mt 8,5-7).

Nowy dzień w roztętnionym Kafarnaum nie podrywa mnie z łoża. Nie wstanę, nie pobiegnę ujrzeć Tego, za którym idą tłumy. Wchodzą i tutaj za Nim. Cisną się przybysze, miejscowi przystają. Jedni na świeżą mowę prorocką uszu nadstawiają, drudzy wyłącznie cudów wypatrują. Rozgwar się wzmaga, dobiega zewsząd, okala. Coraz ludniej. Pracujący wykuwają swe rzemiosła, rybacy oszacowują połów. Głosy przenikają się z dźwiękami. Handlarze się przekrzykują, targują się z celnikami, z ust żołnierzy padają komendy. Z prawa coś brzęczy, z lewa uderza coś. Skądinąd trzask nadbiega, wzbiera tumult. Ktoś wnet się podrywa, ktoś przeciska, potrąca innych. Ten przepycha swój ładunek w szpalerze osób, spieszy się, szamocze w złości; tamten rozlicza swego dłużnika, nastaje na niego, ostatnią monetę chce wyrwać. Przy drodze zawodzi stary żebrak. I jęk, i wrzask, i śmiech. Pęcznieje to wszystko, waży się, kipi. We mnie rozlało się już… Jestem w oddali jak ów bezimienny sługa setnika. Nie potrząsaj mną, proszę, abym wypowiedziała swą niemoc. Sparaliżowały mnie słowa.

Słowa deklaratywne, czcze, fasadowe. Rzucane naprędce jałowe obietnice, często górnolotne, mityczne wręcz. Noszą je niespełnione nadzieje dziecka. Słowa pokrętne, aluzyjne, szalbiercze. Zamiast rozjaśniać, zaciemniły rzeczywistość. Nosi je potrzeba nazwania tego, co nienazwane i wciąż niepewne, komu przynależy. Słowa rubaszne, frywolne, ironiczne. Sytuacyjne żarty i uliczne rozmówki. Grubiańskie żachnięcia i bezceremonialne uwagi. Pokłuta nimi wrażliwość przyoblekła się w pancerz. Słowa ordynarne, impertynenckie, bluźniercze. Te wbiły się dogłębnie niczym sztylety. Podważyły sens, nawet prawo istnienia. Osadziły się w sercu. Wyborne półsłówka – zamierzone niedopowiedzenia i podteksty. Narzędzia manipulacji. Zniweczyły przejrzystość w relacjach. Wrogość wobec innych [siebie?] nakarmiła się nimi. Wreszcie cisza, która – gdy język nie formułuje słów – sama jest formą słowa. Ona mówi przecież. Ta druzgocąca, która antycypowała wybuch, przyćmiła tę, w której można być bezpiecznie, blisko.

Moje serce w słowie spotyka osobę. Ono zna to od zarania – w czułym dotyku matki spotyka matkę, matka uobecnia się dlań w swym dotyku. Ono pragnie więc słowa, które integruje, słowa miłości. Ono pamięta słowo niekochania, które dezintegruje, oddala, separuje. Ono szepcze mi, że uobecniam się w słowie – nie tylko w mowie, ale i w spojrzeniu, milczeniu, geście. Ono wzywa mnie do takiej spójności przekazu, przebywania. Uczy, że gdy dewaluuję słowo, czynię z niego przesłonę, skrywam się za znakami. Ono przestrzega mnie przed lawiną słów.

Słowo Boga leczy moje serce. Sprawia to czule, gdy uzdrawia tym, co w ludzkim użyciu zasiało we mnie spustoszenie i czemu sama już wiary nie daję. „Przyjdę i uzdrowię go” – Twoje Słowo, Jezu, wydarza się. Ty sam Nim jesteś. Tak głodną spotkania na drodze zdrowienia dotykasz mnie właśnie w spotkaniach z innymi. Delikatnie ożywiasz najbardziej kruchą cząstkę. Jakbyś upodobał w cierpliwym – na moją miarę przewidzianym – procesie, który koi i przywraca mnie do obecności. W nim nie wahasz się wysłuchać moich braci, którzy mają oblicze ewangelicznego setnika. Ileż razy bowiem, gdy pozostawałam w oddali, w kaplicy OAT-u wspólnota zakroczymska prosiła za mną…

Gdy gubię się wśród wielosłowia, gdy uderzam słowem jak biczem, ratuj mnie, Panie, i pozwól wrócić do Ciebie, który jesteś Słowem Życia.

Anna Kaszubowska