Medytacja na sobotę I tygodnia Adwentu

Medytacja na sobotę I tygodnia Adwentu

Ożywiająca czułość i ból współodczuwania

A widząc wielkie tłumy ludzi, litował się nad nimi, gdyż byli udręczeni i porzuceni jak owce, które nie mają pasterza (Mt 9,36).

Gdzie nie spojrzeć, tłumy ludzi. Cisną się do Niego, przeszkadzając w swobodnym przejściu, w nauczaniu, w odpoczynku. Mogą być niebezpieczni.Przecież to chorzy, opętani, kalecy, a dolegliwości, jakie w sobie noszą, na pewno bardziej zniekształciły ich serca niż ciała. Owe serca uczyniły przewrotnymi, nieprzewidywalnymi, groźnymi. Ten motłoch stać na wszystko.

Dziwi mnie jednak to i niesmacznie zdumiewa, że Jezus patrzy na ten tłum zupełnie inaczej niż ja i widzi w nim coś diametralnie innego. Jego spojrzenie przenika zasłonę brudu, odrażających ran i agresji. Jego wzrok dociera do tego, co niewidoczne dla oczu, a co jest istotą, rzeczą najważniejszą. On nie patrzy oczyma, ale sercem. Kochającym, współczującym, miłosiernym sercem. Patrzy na tłum, a widzi oczy każdego pojedynczego człowieka, widzi jego twarz, widzi wartość dla Boga największą – osobę.

Spojrzał i na mnie! Czy i ja jestem pośród tego tłumu? Czy i ja jestem chory, opętany, kaleki? Czy i ja, jak oni, jestem niebezpieczny? Tak! Jednak to wszystko już nie jest ważne, ponieważ On patrzy na mnie z czułością, a Jego miłujące serce współprzeżywa ze mną każdą moją stratę, współodczuwa każdy mój ból, przyjmuje mnie z każdą moją podłością i wszelkim brudem. Czuję się, jakbym był przez chwilę wewnątrz Jezusowego serca otoczony ciepłą czułością, której nie da się opisać słowami.

Jego serce jest jak matczyne łono. Gdy już nasycę się Jego miłością, ono zrodzi mnie do misji, która nie ma nic wspólnego z pouczaniem, nawracaniem, upominaniem, straszeniem piekłem. Ta misja polega na czymś zupełnie innym. Na podobieństwie do Jezusa w patrzeniu i współodczuwaniu aż po ból. Takie patrzenie nie zadowala się możliwościami zmysłu wzroku, ale pozwala „widzieć sercu” w dotychczasowym wrogu takiego samego jak ja biedaka, w dotychczasowym przeciwniku – potrzebującego bliskości brata, w dotychczasowym „obiekcie odrazy” – miłą sercu osobę. I tak jak serce Jezusa zrodziło mnie do misji, tak i moje serce będzie zdolne rodzić, dawać szansę na nowe życie, wspaniałomyślnie przekazywać słowo, które nadaje sens. Wystarczy tylko dać się otoczyć czułością serca Jezusa.

Jezu, proszę, uspokój moją wzburzoną podejrzliwość, uspokój zalewające mnie fale lęku, aby moje serce zdołało przyjąć Twoją czułą miłość.

Michał Deja OFMCap