Medytacja na sobotę V tyg. Wielkiego Postu

Medytacja na sobotę V tyg. Wielkiego Postu

Pajęczyna kłamstw, czyli wojna sztandarów

Tak mówi Pan Bóg: «Oto wybieram Izraelitów spośród ludów, do których pociągnęli, i zbieram ich ze wszystkich stron, i prowadzę ich do ich kraju. […] I już nie będą się kalać swymi bożkami i wstrętnymi kultami, i wszelkimi odstępstwami. Uwolnię ich od wszystkich ich wiarołomstw, którymi zgrzeszyli, oczyszczę ich i będą moim ludem, Ja zaś będę ich Bogiem. […] I zawrę z nimi przymierze pokoju: będzie to wiekuiste przymierze z nimi» (Ez 37,21.23.26).

Dzisiejszy fragment z Księgi Ezechiela kojarzy mi się z jedną z kontemplacji, jaką podejmują uczestnicy rekolekcji ignacjańskich. Obraz kontemplacji to starcie dwóch armii: pierwszej – należącej do Chrystusa, Stwórcy i Pana oraz drugiej – należącej do szatana, śmiertelnego wroga człowieka. Dla mnie to obraz wojny o mnie, o moją duszę i moje zbawienie. Moje zbawienie jest tak naprawdę w moich rękach, uzależnione od moich małych i dużych wyborów i decyzji tu, na ziemi. To ja decyduję, pod czyim sztandarem chcę stanąć dzisiaj. Dokonuję tego wyboru w każdej chwili mojego życia, na nowo. Mam wolną wolę, więc wybieram, jak chcę i kogo chcę.

Oficjalnie idę za sztandarem Jezusa, ale kiedy zaczęłam przyglądać się sobie uważniej, zobaczyłam wyraźnie pajęczynę kłamstw o mnie samej. Kłamstw, którymi zaślepił i zniewolił mnie szatan. Niby niezauważalnych na pierwszy rzut oka kłamstewek, które w konsekwencji doprowadziły mnie niejednokrotnie do miejsca, gdzie – poza rezygnacją, zwątpieniem i poczuciem kompletnej pustki i bezsensu – nie było nic. Były to chwile, w których pragnęłam przestać żyć. Tak wiele razy szłam za tym kłamliwym głosem i wierzyłam mu bezgranicznie. To były ucieczki z obozu Jezusa do obozu diabła. Przywoływał mnie jego natarczywy głos, któremu ulegałam. Wpuszczałam go do swojego wnętrza po to, by w jego obozie usłyszeć powtarzane jak mantrę stwierdzenia: „Jestem do niczego, jestem zerem i śmieciem, nie mam prawa żyć! Moje życie nie ma sensu! Nie ma w ogóle sensu tak się męczyć i trudzić. Lepiej skończyć ze sobą tu i teraz!”. Uwierzyłam, że taka jest smutna prawda o mnie. Nie wiedziałam, że ojciec kłamstwa, kierowany wielką nienawiścią do ludzi, napełniał moje życie paraliżującym lękiem i smutkiem, zadawał powolną duchową śmierć, aby mnie zupełnie zniszczyć.

Jednak Pan Bóg nigdy nie zostawił mnie samej w tych ciemnościach. Posyłał do mnie anioły w ludzkiej skórze, przychodził mi z pomocą w osobie drugiego człowieka, czasem zupełnie mi obcego. W drugim człowieku Jezus objawiał mi swoją miłość, przynosił nadzieję. Jedno słowo, jeden życzliwy gest, spojrzenie, uśmiech potrafi czasem dokonać rzeczy niezwykłych. Pod Jego sztandarem jest pokój, bezpieczeństwo i piękno, ale też słodki trud walki o Jego królestwo i słodkie brzemię codziennego zmagania się ze sobą i podejmowania krzyża. Wiem, że walka sztandarów trwa i trwać będzie do mojego ostatniego tchnienia, ale przecież Bóg obiecał mi, że On jest i będzie moim Panem na wieki, na mocy wiekuistego przymierza – On moje ręce zaprawia do walki, moje palce do bitwy. On mocą i warownią moją, osłoną moją i moim wybawcą, moją tarczą i schronieniem (Ps 144(143),1-2).

Boże mój,
dziękuję Ci za to, że w Tobie mam wszystko. Bądź uwielbiony.
Ty sam wystarczasz.
Trzymaj mnie mocno i nie wypuszczaj ze swych rąk.
Umacniaj mnie w walce o Twoje królestwo
i błogosław moim aniołom.

Anna Ogonowska