Medytacja na Uroczystość Narodzenia Pańskiego

Medytacja na Uroczystość Narodzenia Pańskiego

Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało, co się stało.
W Nim było życie,
a życie było światłością ludzi,
a światłość w ciemności świeci
i ciemność jej nie ogarnęła.
(J 1,1-5)

Słowa prologu Ewangelii św. Jana mają w sobie coś, co pociąga – tajemnicę skrywającą ukryty skarb. Zarazem coś, co odpycha – zawiłość sformułowań, których zrozumienie wydaje się niedostępne. Jaką postawę przyjąć wobec tej perykopy: pozostawić ją teologom, aby pisali naukowe opracowania, czy przymierzyć to Słowo do własnego życia?

Do podjęcia refleksji zachęca mnie następujące zdanie: Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi (J 1,9). Czytam je jako zaproszenie do odnalezienia owej światłości, z którą już się spotkałem i która już przy mnie była. Jakbym rozpoczynał poszukiwanie śladów oświecenia, które mnie ogarnęło już od samego początku mojego istnienia. Istnienia trwającego aż do dziś, któremu każda chwila dodaje coś nowego.

Pragnę głębiej zrozumieć słowa, którymi św. Jan opisał przyjście Jezusa na świat jako wydarzenie, w którym Słowo stało się ciałem. Jezus jest tym, w którym Słowo Boga stało się cielesnością. Wszystko, co Bóg powiedział, w Jego życiu doskonale się zrealizowało. W Osobie Jezusa w pełni zintegrowało się to, co pomyślane, z tym, co urzeczywistnione. W byciu Jezusa myśli i słowa wraz z ciałem i działaniem stanowiły znakomitą jedność. Nikt nie był tak przekonujący jak On. Cokolwiek czynił, czynił zawsze całym sobą, ściśle zespolony z tym, w co wierzył.

Gdy zapraszał do pójścia za Nim, rybacy porzucali swoje łodzie. Jego dotyk niósł uzdrowienie. Przytulenie stawało się błogosławieństwem. Gniew wywracał stoły i rozpędzał świątynnych zbójców! Gdy przebaczał, zamykał usta potępiającym. Nigdy nie szedł na kompromis, nawet z odrobiną kwasu faryzeuszów. Gdy odczuwał strach, pocił się krwawym potem. Jego milczenie prowokowało oprawców bardziej niż słowa. Z miłości do Ojca poddał się najsurowszym torturom. Gdy poczuł totalne opuszczenie, cierpiał, wzywając Boga! Konając, oddał się całkowicie w ręce Ojca. Gdy kochał, to aż po ofiarę z życia. Jeśli coś obiecał, nie odmówił nawet najgorszemu łotrowi. Kiedy umierał, to po grób. Jak zapowiedział, tak zrobił – zmartwychwstał.

Po przeprowadzonej refleksji przed moimi oczyma rozciąga się jedynie bezkresna ciemność, wznieca się we mnie zamęt i wzmaga poczucie niezdolności do autentycznego życia. Obezwładnia mnie wewnętrzna dezintegracja i pustoszy lawina sprzeczności. Zupełny rozjazd pomiędzy tym, co myślę, a tym, co robię, między ideałami a rzeczywistością.

Coś wewnątrz każe mi zamilknąć, abym już nic nie mówił, okaże się to bowiem kolejną teorią rozmijającą się z realnym życiem. Poddaję się temu. Milknę. W tej ciszy zaczyna do mnie dobiegać słowo: światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła (J 1,5)… I poczułem się jak nowo narodzony.

Jezu, daj mi łaskę wiary, abym nie zaprzeczał własnej ciemności, ale zawsze potrafił w niej dostrzec Twoje światło.

Br. Piotr Wardawy