Medytacja na uroczystość Narodzenia Pańskiego

Medytacja na uroczystość Narodzenia Pańskiego

Rozświetleni

W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. […] Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było [Słowo][…]. Wszystkim tym […], którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy […] z Boga się narodzili (J 1,10.12-13).

Moje oczy wypatrują światła. Otwierają się nieśmiało, ostrożnie, zachowawczo. Powieki ciążą, podnoszą się niespiesznie. Odsłaniają zaledwie szczelinę, przez którą zerkają rozdygotane źrenice. Coby ostry blask nie wdarł się, nie poraził. Penetrują przestrzeń. Przebiegają po kątach i sprzętach. Kurz je gryzie, dym uliczny zamąca widoczność. Z dali wyłaniają się sylwetki niczym cienie, pojawiają się i znikają zaraz. Z bliska wynurzają się nieznajome twarze, każda swym grymasem co innego sygnalizuje. Jeden flesz za drugim. Raz kryję się, raz gonię wzrokiem. Uciekam. Co pragnę ujrzeć? Czego widzieć nie chcę?

Naoglądałam się ponurych obrazów wyzutych ze światła. Osadzonych w poświacie butelkowej, gdy ktoś ważny w niej się topi. W oszklonych bunkrach, z zabrudzonymi szybami, przez które promienie słoneczne od dawna nie przenikają. Zszarzałe żarówki dają obłe, mętne refleksy. W unoszących się oparach majaczą się kształty i odległości, kolory rdzewieją. Wokół mroczno, piwnicznie, krecio nawet. Przywykłam do tego podziemia, wykułam w nim własne korytarze. Choć dzisiaj chodzę na powierzchni, noszę w sobie jego mroczność. W nią przyodziała się moja pochwycona z konieczności, wzięta w karby, stanowcza, acz przedwczesna dorosłość. Przedzierzgam się w niej w minorowym nastroju, pod którym jednak migoce poczucie, że kiedyś, u zarania było jaśniej…

W zakamarkach mojej duszy skrzy się płomień, który nie gaśnie. Ożywia moje chłodne spojrzenie i zmęczone ciało, wyprowadza mnie z osaczających niepokojów. Tak, w nim bije ta pewność, że chcę wyjść z mroku na światło. To pragnienie mnie odnawia. Oto jest coś innego niż moje konstrukty, wytwory moich lęków. Gdy przyglądam się im z dystansu, już tak szaleńczo mną nie władają, nie interpretują cynicznie rzeczywistości. Gdy nie czytam wciąż swoich myśli, fantazji i uprzedzeń, gdy wychodzę poza nie, znajduje mnie Słowo. Ono wyrywa mnie z „ja” w stronę „ty”. «Ja» może powstać i istnieć tylko w miłującym je «Ty» (Hans Urs von Balthasar). Rodzę się w «TY» Boga, w którym wybranie i umiłowanie określa moją tożsamość. Żaden mrok jej nie niweczy. Żadna siła dezintegrująca, której ulegam, jej nie narusza.

Gdy lekko poszerzam pole widzenia, w ciemnej dolinie rozbłyska iskierka. Przebija się w moim zmaganiu. Tli się, dostrzegam ją. Taka nikła, bezbronna jak niemowlę, ale istnieje. Przemykają w niej wiotka cierpliwość w niecierpliwości, nieśmiała inicjatywa w zniechęceniu, kruche zawierzenie w nieufności, subtelna świeżość w znużeniu. Potrzebują czasu na wzrost. Jak to dobrze, Panie, że jesteś czułym miłośnikiem procesu. Nie objawiasz się od razu jako dorosły, przychodzisz w dziecku. Nie czekasz na moją gotowość do kochania. Sam uobecniasz miłość. Już nie przymrużam oczu, patrzę swobodniej. Niby nic, a podczas tego spotkania rozwidnia się we mnie – rodzę się na nowo…

O najpiękniejsza Światłości, wszystkie moje źródła są w Tobie (por. Ps 87(86),7). Amen.

Anna Kaszubowska