Medytacja na wtorek III tygodnia Adwentu

Medytacja na wtorek III tygodnia Adwentu

Nadzieja

Za czasów Heroda, króla Judei, żył pewien kapłan, imieniem Zachariasz, z oddziału Abiasza. Miał on żonę z rodu Aarona, a na imię było jej Elżbieta. Oboje byli sprawiedliwi wobec Boga i postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich. Nie mieli jednak dziecka, ponieważ Elżbieta była niepłodna; oboje zaś byli już posunięci w latach.  […] A gdy upłynęły dni jego posługi kapłańskiej, powrócił do swego domu. Potem żona jego, Elżbieta, poczęła i kryła się z tym przez pięć miesięcy, mówiąc: «Tak uczynił mi Pan wówczas, kiedy wejrzał łaskawie, by zdjąć ze mnie hańbę wśród ludzi» (Łk 1,5-7.23-25).

W rozważanej Ewangelii zobaczyłam siebie i swój dualizm w modlitwie. Czytam Pismo Święte, modlę się, chodzę do kościoła, pracuję w wolontariacie. Patrząc z boku, postępuję jak Elżbieta i Zachariasz. W modlitwie proszę, jak Zachariasz, o konkretne intencje dla siebie i przyjaciół. Jest we mnie głębokie przekonanie, że Pan Bóg oczekuje ode mnie określenia się, nazwania przeze mnie potrzeb i pragnień oraz chce je spełnić dla mnie. Jednak kiedy doszłam do słów: Na to rzekł Zachariasz do Anioła: «Po czym to poznam? Bo sam jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku» (Łk 1,18), nieco zdrętwiałam. Gdy naniosłam je na moją obecną sytuację, zobaczyłam dualizm mojej modlitwy. Odkryłam, że pragnę, proszę i jednocześnie lękam się, że się nie spełni. Wkradają się gdzieś bokiem zwątpienie i niedowierzanie zdemaskowane podczas medytacji.

Moja sytuacja sprowokowała mnie do przyglądania się mojemu lękowi i brakowi lęku przed śmiercią. Uświadomiłam sobie, że pod brakiem lęku znajduje się nadzieja wynikająca z głębokiego przekonania, że po drugiej stronie tęczy nie ma bólu i cierpienia, że tam jest po prostu dobrze. Na dodatek ta nadzieja nie jest moja, to nie ja ją sobie zaszczepiłam. Tę nadzieję złożył we mnie sam Pan Bóg. Z niej mam siłę do działania, do życia. Jednocześnie pozostaje świadomość, że nic na ziemi nie jest w stanie zapewnić mi tego szczęścia, które czeka mnie tam… Odczuwam niedosyt, który nie ma szans na bycie zaspokojonym tu.

Podczas pisania uświadomiłam sobie, że, pomimo nadziei, męczy mnie ten stan czekania. Zderza się wdzięczność z niedosytem, zwątpienie z wiarą, zniecierpliwienie z ufnością. Pulsuje we mnie składanka sprzeczności. Czuję się, jakbym przechodziła próbę za próbą na drodze oczyszczenia.

Na szczęście naprzeciw mojemu rozdwojeniu wychodzi sam Bóg. On nie zniechęca się moją słabością, lecz uwzględnia czystość intencji i dobro, które ma mi służyć. Patrzy na mnie łaskawie i spełnia moje pragnienia w swoim czasie. Szlifuje moją cierpliwość i stwarza w tych sytuacjach przestrzeń do głębszego zaufania Mu. Utwierdza mnie w przekonaniu, że u Niego wszystko jest możliwe – niezależnie od czasu, wieku i mojej słabości. Jego miłość do mnie i pragnienie mojego szczęścia są silniejsze od moich wątpliwości.

Jezu, dziękuję za hojność Twojego serca. Pragnę ufać Tobie bardziej i mocniej.

Aldona Michalska